RSS
czwartek, 26 lutego 2009
Koniec
Zastanawialam sie dosc dlugo, zanim podjelam decyzje o zaprzestaniu pisania w Myscotland. Rozpoczynajac pisanie bloga mialam na celu opisac, utrwalic nasze poczatki w nowym swiecie, nowej rzeczywistosci, podzielic sie naszymi spostrzezeniami, odczuciami, naszymi radosciami i smutkami. W trudnych sytuacjach potrzebowalam Waszej rady, uczucia, ze jestescie...
Ku mojemu rozczarowaniu zawartosc Myscotland zostala  w czesci wykorzystana przeciw mnie, a zapiski odebrane jako uczuciowy ekshibicjonizm i infantylyzm.

W miare, gdy  rosla liczba czytelnikow, wiecej bylo klopotow i konsternacji. 
Nie stracilam wiary w przyjazn i czlowieka, ale stracilam potrzebe szczerosci. Nie ma po co wiec pisac.
Myscotland wydrukowana zajmie skromne miejsce na poleczce, jako znaczacy, ale jeden z wielu rozdzialow naszego zycia.
Zyczliwych nam i ciekawych naszych dalszych planow i  "po" i "dokonan" :)) zapraszam do kontaktu pod znanym im adresem mailowym.

Ptysia

********************THE END***********************************


środa, 04 lutego 2009
Nowe
Nowe zaatakowalo mnie i Miska znienacka. 
Nowe, to nagly zwrot w naszym zyciu. Nic zlego sie nie dzieje kwoli uspokojenia dodam - wciaz jestesmy razem:))) i nic nie zapowiada, by mialo sie to zmienic. A to jest najwazniejsze. 
Nowe znaczy tyle, co rozpoczecie realizacji marzen. Snujac jakies plany myslelismy o naprawde dalszej przyszlosci, jednak sytuacja na rynku zmusila nas do podjecia szybkiej decyzji. 
Startujemy z wlasna firma. Ci, ktorzy prowadza wlasna dzialalnosc wiedza co to oznacza, a dla tych, ktorzy nie wiedza powiem - doba powinna miec 48 godzin co najmniej. 
Sytuacja na rynku nie zacheca do samodzielnych krokow, jednak mam przeczucie, ze uda sie nam. Nie mamy ambicji tworzenia ogromnej firmy, stawiamy na cos malego, co zaspokoi nasze ambicjie, zapewni nam spokojne zycie i pozwoli nam odpoczywac. Takie sa zalozenia, czy nam sie uda? - trzymajcie kciuki. 

sobota, 31 stycznia 2009
relakszujacza szoboooota :OO00
Filip czuje sie juz znacznie lepiej. Chcociaz  schudl dwa kilo w czasie choroby i wciaz jest blady jak sciana, ale powoli odzyskuje apetyt i wydaje sie, ze straty nadrobi szybko:) Wrocila mu tez ochota do zabawy i glupich zartow, wiec kamien juz mi spadl z serca. Oczywiscie wybieram sie do lekarza na kontrole i bede domagac sie/brzydko powiedziane, ale niestety prawdziwe/  zrobienia szczegolowych badan, bo musi byc przeciez jakas przyczyna tak naglego spadku odpornosci. Wspomne tez o chlamydii Ellu. 

Z pracy dzwonia jak szaleni pytajac kiedy wracam. A ja nie wiem. Jade na spotkanie z moja trenerka SVQ we wtorek wiec pewnie znow wyslucham narzekan stron ciagnacego sie konfliktu polacy - szkoci - hinduska. Na sama mysl mam odruch wymiotny. Gdyby nie to, ze proces nabywania kwalifikacji - SVQ 3 wciaz trwa i przedluza sie / znow zmienilo sie managerstwo/ dawno odeszlabym stamtad. Przykro to mowic, ale atmosfera pracy w "Marianie" jest coraz gorsza i nic nie wskazuje na to, ze cudownym zrzadzeniem losu kilka osob zmieni miejsce pracy. Intuicja jednak nakazuje mi czekac:)

Ania skonczyla juz 16 lat we wtorek. Wczoraj dostala pierwszą przepustke na wyjscie do klubu. Klub z muzyka R&B /Ani ulubiona/ i bez alkoholu, godziny otwarcia : 19-21, wstep: nastolatki - 15-18 lat. Podobalo sie, tyle, ze...muzyka za glosna jakas:))
 A dzis wybieramy sie do salonu  Yves Saint Laurent na sesje makijazowa:)) pani makijazystka pokaze Ani jak i czym sie malowac. To nasz - Miska i moj prezent dla Ani. Mam tylko nadzieje, ze pani bedzie sie kierowala uznanymi przez elegancki swiat normami a nie preferencjami szkockich nastolatek nazywanych tu powszechnie "Pokemonami" z uwagi na ilosc stosowanego rozu na policzkach, naduzywania kredki i tuszu do oczu. 
Matko! Jak ja przezyje widok umalowanej Ani? Dla niewtajemniczonych - jesli chodzi o wychowanie dzieci to powszechnie okresla sie mnie niereformowalną jędzą, co to kieruje sie zasadami wychowawczymi z poprzednich stuleci. 
Niezupelnie z opinia sie zgadzam ale przyznaje - jestem przeciwna "bezstresowemu" czytaj bez obowiazkow, bez znajomosci zasad itd. wychowaniu dzieci. Podejrzewam, ze wiekszosci z Was nie musze tego tlumaczyc. 
W kazdym razie staram sie byc jedza w miare mozliwosci wyrozumiala i sympatyczna:)) dzieci twierdza, ze obserwuja postepy:)) Moze jednak zostane w domu i nie bede denerwowala Pani Makijazyski uwagami typu  - "A nie za duzo tego pudru"? -"Niechze pani na to TO oko uwaza"!
Ide. Zamkne sie i bede robila zdjecia. Pa!








piątek, 30 stycznia 2009
w zwiazku
w zwiazku z urodzinowymi zyczeniami, ktore dostalam od Miska a ktore brzmialy mniej wiecej tak " i zycze tobie/sobie zebys wreszcie zaczela ubierac spodnice i sukienki zamiast tych obrzydliwych dzinsow..." no wlasnie w zwiazku z tymi zyczeniami kupilam Miskowi prezenty - trzy spodnice i dwie bardzo kobiece bluzki. Bede nosila. dla niego. 
środa, 28 stycznia 2009
sushi
Jak juz niektorzy wiedza - uwielbiamy - Misiek i ja - smacznie zjec. Przepadamy za kuchnia chinska, hinduska nie wspominajac juz o naszych polskich przysmakach:) Lubimy poznawac nowe smaki i nie próżnujemy czerpiac z kulinarnej roznorodnosci Edynburga. 
 
Calkiem niedawno wybralismy sie do japonskiej restauracji na sushi. Nie powiem, zebym byla zachwycona. Ze wszystkich specjalow najbardziej smakowal mi wedzony losos i surowy tunczyk, paluszki krabowe podane na wiele sposobow no i moje ulubione krewetki:) Wsrod przepieknie podanych specjalow 

http://www.qype.co.uk/place/67408-Izzi-Restaurant-Edinburgh/photos/346725

mnostwo bylo niejadalnych jak dla mnie twardych jak guma osmiornic i bialych rybek nie do ugryzienia smakujacych delikatnie mowiac niesmacznie i rarytasow, ktorych smak poznalam i nigdy juz nie tkne. Z wyboru nie tkne. Wizyta w Izzi nie zniechcecila nas jednak do kuchni japonskiej postanowilam wiec poznawac jej tajniki na wlasna reke i potraktowac wybiorczo jej menu:)) 
Gosi i moje wlasnorecznie przygotowane spotkanie z sushi uwiecznily nasze glodne i zniecierpliwione czekaniem polowki. Przygotowanie takiej kolacji jest czasochlonne, nam zajelo jakies dwie godzinki, ale wszystko przeciez zalezy od wprawy. Zreszta czym sa dwie godzinki:) a jak smakowaaaalo!



poniedziałek, 26 stycznia 2009
Do Filipa przyczepilo sie jakies cholerstwo. Liczac od wrzesnia to juz piata seria antybiotyku. Dwa tygodnie w szkole i wystarczy - goraczka 39,5 i gardlo i ucho i glowa. We czwartek bylismy se umawiac z lekarzem na testy alergiczne, ale kazal czekac, bo swisty w oskrzelach jeszcze po ostatnim chorobsku slyszy, a w piatek na nowo Filipa nam rozlozylo:( Nie pomaga mleko z czosnkiem i miodem, nic nie pomaga. Nawet paracetamol na przemian z nurofenem nie pomaga. Jutro znow lekarz. No i posiedzimy sobie chyba w domu.
czwartek, 22 stycznia 2009
Holyrood Park styczniowy
Park, a raczej slonce w parku sprawilo, ze napisalam usprawiedliwienie do szkoly i zamiast na angielski poszlam sie wloczyc.
Zdjecia zobaczyc mozecie w galerii. 
Calusy dla wszystkich
36
No tak...niektorzy mowia, ze stara rura jestem:)

a ja im na to, ze jeszcze troche czasu mam, biorac pod uwage, ze moja babcia, co to wychowala dziewiecioro dzieci, wlasciwie samotnie, bo dziedek kolejarzem byl i do domu czesto nie wracal, no wiec moja babcia wyjechala z kraju majac 63 lata zmieniajac swoje zycie zupelnie, uczac sie jezyka i poznajac nowych ludzi, nowy swiat. Trzeci raz za maz wyszla majac juz dobrze po szescdziesiatce ( nie zebym tam za maz sie wybierala:)), pisze piekne wiersze, a teraz, kiedy skonczyla osiemdziesiatke zabiera sie za pisanie historii rodziny. Dodam, ze bola ja troche nogi, bo zylaki dokuczja, ale jezdzi po swiecie i na druga strone na razie sie nie wybiera. Wszystko wskazuje na to, ze sie w nia wdalam - szczegolnie te zylaki.:)


Mialam cudowny, niezwykly dzien. Wszystkim, ktorzy przyczynili sie do tego - dziekuje z calego serca.

wtorek, 20 stycznia 2009
19 styczen
Dzis nie stalo sie nic niezwyklego. 
No moze oprocz tego, ze skonczylam swietnie napisana i jeszcze swietniej przetlumaczona ksiazke -  "Przemiana" Margaret Mahy. Tlumaczenie Pawel Beręsewicz, jesli nazwisko mialoby komukolwiek cos powiedziec, bo mnie do wczoraj nie mowilo nic:) dzis juz mowi.
No i padal snieg. Lecial z nieba wielkimi platami zamieniajac gore Artura w gore zimowa wyrwana zywcem ze zdjecia kurortu szwajcarskiego, ale co z tego, jak snieg po paru chwilach zamienil sie w deszcz i po zimie nie bylo sladu:(
Z powodu deszczu nie wybralam sie tez na wedrowke fotograficzna dla Was.
Na obiad ugotowalam pomidorowa z makaronem i zeberka w sosie, z ziemniaczkami puree i brukselka ugotowana i usmazona pozniej na maselku. 

Nic niezwyklego:)  
niedziela, 18 stycznia 2009
W sumie nie wiem co sie dzieje.
Nie wiem co sie ze mna dzieje.  Nie wiem, czy to Edynburgh, czy wiek, ale zaczelam zyc jakos...inaczej. Jeszcze nie potrafie roznicy tej okreslic, ale...to jakby smakownie zycia, delektowanie sie kazdym dniem. Kazdego dnia zdarza sie Cos. "Cos" moze miec postac Czlowieka, uliczki, ktora zobacze pierwszy raz, ciuchow dobranych w sposob niezwykly przez mijana za chwile dziewczyne o szlachetnym wyrazie twarzy. Cos moze miec postac grubego, rudego kota, co wskoczy mi na kolana gdy tocze arcywazne rozmowy w miejcu, gdzie jestem pierwszy raz, "Cos" moze byc szerokim usmiechem nastolatka z wielka cyrkonia w uchu, skierowanym do mnie... chyba do mnie:) i "Cos" moze byc staruszka co macha przyjaznie i zagadac chce i to robi,  "Cos" moze byc wpadajacymi do przedpokoju kartkami od bliskich i "Cos" jest tez Orchideą, co to rosnie i kwitnie jak szalona - u mnie I dla mnie. Zupelnie jakby swiat pokazal, ze wcale nie jest tak szary i banalny a ludzie, co po nim chodza potrafia byc inni niz potworni i cyniczni. Zupelnie jakby zle wiatry odwrocily sie na piecie i wrocily skad przyszly. Zupelnie jakby swiat pukal w moja glowe dopominajac sie uwagi.
Nie przezywam euforii i nie zglupialam - mam nadzieje. Nie dziecinnieje. Chyba pogodzilam sie sama ze soba. Jestem zmeczona byciem rozsadna,powazna, przewidujaca, pelna kompromisow. Jestem zmeczona byciem glownym napedem. Zreszta chyba juz nikt ode mnie tego nie oczekuje, bo...mam juz duze dzieci - tak sie chyba to mowi. Mowie, bo...nie chcialam nigdy tego uslyszec. Dopiero Ilona - barwna, przyjazna dusza powiedziala mi to wprost - "Co ty robisz? Nikt juz od Ciebie tego nie chce. Pozwol im zyc swoim zyciem."
Taaaa...

Sreberko konczy w tym roku osiemnascie lat i wiecie co? Moge sie nim chwalic i...chwale sie. Po latach burz, szlochow i wyklinań...chwale sie Sreberkiem. Nawet rozejm zawarlam z Krzywa Polowka. Patrycja, czyli Krzywa Polowka powoli zasluguje na okreslenie  inne niz - "ladna". Pracuje i uczy sie i brzmi coraz bardziej rozsadnie kiedy tak sobie klachamy. Albo ona madrzeje, albo ja. 
Ania za tydzien konczy 16 lat. Kupilam jej w prezencie lekcje make-up'u w YSL. Dostanie tez od nich kosmetyki. Chce. Wytrzymala, z malym wyskokiem, bez pudrow i tuszy sporo czasu. Chcialam, by nauczyla sie dostrzegac swiat spod rzes niepokrytych tuszem i nauczyla sie akceptowac sama siebie. Wymaganie od niej bycia jedyna niepomalowana mordka w klasie mialo tez inny cel - kto pomysli, ten zrozumie. Ania dzis juz nie pragnie makijarzu tak bardzo jak pragnela go dwa lata temu, jest wiec gotowa by go miec. Ma pasje - pieknie maluje i projektuje ubrania, zaczela czytac, zaczela sluchac i...patrzec. Nie domaga sie, ale cieszy, kiedy dostanie. Jeszcze nic nie wie o prezencie.
Oskar... wczoraj wlasnie skonczyl 15 lat. Jest juz wyzszy ode mnie glowe i...nosi mnie czasem na rekach:) Koziolek jeszcze z niego, ale mysli "jam juz mezczyzna jest". Dobry z niego czlowiek - nieba drugiemu by przychylil.
Filipek tylko on sie ostal malutki, choc juz tez wcale nie taki maluuutki. Codzien rano okazuje sie byc rozsadniejsza polowa domu krzyczac - "Mamusiu jest juz 8.30, czy moglabys odlozyc te ksiazke i ubrac sie, bo nie chcialbym dzis sie spoznic do szkoly" :))))))/ w Edynburgu wszystkie dzieci, rowniez te z High School zaczynaja lekcje o 8.50/

Nikt w domu nie oczekuje juz ode mnie martwienia sie o wszystko. Bez wyrzutow sumienia zanurzyc sie moge w zyciu, w swoim zyciu. Zwlaszcza, ze moja orchidea rosnie i kwitnie jak szalona. Ma nawet zapach jasminu czasem. Nie wiedzialam, ze dzieci dorosna mi tak szybko, ooooch...

Ptysia. 

P.S.
Zamierzam sie codzien dzielic niezwykloscia. Niewazne, ze to niepowazne. Pozostajac w zgodzie z samym soba spieszcie sie smakowac zycie - tak szybko mija.

Znow Ptysia. 
P.S. I
Jade do Polski. Stesknilam sie. A moja rozowa torba zakupiona w celu podrozy do Paryza stracila juz nadzieje. Wezme ja na razie do Polski. 

Czas wreszcie robic cos mojego.  Nigdzie indziej Orchidea nie kwitnie tak jak u mnie. W dodatku czasem pachnie jesminem. 
wtorek, 06 stycznia 2009
2009
No i mamy 2009. I co? I nic. 

Nowy rok nie zaczal sie nam fajnie. Nie, zebysmy sie zle bawili na Sylwestra, bo bylo swietnie, bardziej o dzieci chodzi. Filip sie nam znow rozchorowal. Czwarty raz antybiotyk w przeciagu czterech miesiecy. Nie ma goraczki, ale meczy sie szybciej i zmarnial jakos. lekarz podejrzewa astme. Po wyciszeniu swiszczacego jak diabli zapalenia oskrzeli ma byc skierowany na badania szczegolowe. Oby podejrzenia lekarza sie nie sprawdzily. Martwie sie. Jeszcze nigdy, odkad jestesmy w Szkocji nie opuscil az tylu zajec w szkole:( Co prawda nadrabiamy material i rownolegle uczymy sie polskiego z Wesolej Szkoly, ale co szkola, to szkola. Pod znakiem zapytania stoja tez lekcje plywania, bo juz od pewnego czasu wlasnie na basenie Filip dostawal napadow kaszlu. No nic, nie ma co sie martwic na zapas, poczekamy na wyniki badan. 
Jesli o mlodziez chodzi, to jest ok. Damska mlodziez pieknieje z dnia na dzien i pewnie dostanie na te swoja 16-stke swoje pierwsze kosmetyki i dokladna instrukcja obslugi:)) Marzy sie jej jeszcze sesja fotograficzna, na ktorej klimat juz mam pomysl. Rozmowy z profesjonalista mam juz przeprowadzone, a ich efekt ocenicie na przelomie lutego i marca. Oczywiscie modelka o niczym nie wie. Niespodziewanka.
Meska czesc mlodziezy - Oskar -rosnie jak dobrze nawozona fasolka. Rany, kolejne spodnie - pary trzy -kupione miesiac temu sa za krotkie. zbyt zauwazalnie za krotkie. Omawialismy juz z Miskiem i zainteresowanym opcje zamykania lodowki na klodke i zredukowania racji zywnosciowych choc o 1/3, ale wyszlo na to, ze jednak kupimy nowe spodnie. Tak jakos dziwnie na nas patrzyl...:)))
Konrad Sreberko wrocil ze swoich swiatecznych wakacji w Polsce steskniony. Nawet nie bardzo chcial sie wyprowadzac z naszej nierozkladalnej kanapy w salonie, gdzie na jednym boku spal od niemal miesiaca:) Myslalam juz na moze na stale zostanie, to zamienimy mieszkanie na nieco wieksze, ale dziecko tylko tak na chwile przy mamie chcialo zostac. Mieszka juz "na swoim" z Krzywa Poloweczka, ktora od trzech tygodni pracuje i od tygodnia sie uczy. Nooo zobaaaczyyymy. Znalezlismy im mieszkanko 10 minut piechotka od nas, to i wpadaja na obiadki czesto. I wilk syty i owca cala. Tesciowa, czyli ja, moze w ramach rozrywki, spacerkiem wizytacje zrobic:))) A co. Krzywa Poloweczka stwierdzila pol zartem-pol serio, ze dzis nie obawia sie juz kontaktow typu pracownik-pracodawca lub tego typu podobnych z inna kobieta, bo nie spotkala w swoim zyciu kobiety gorszej niz ja. Ze niby sie zahartowala. Ciesze sie, ze mi to powiedziala prosto w oczy, zreszta ja tez jestem szczera i potencjalnym synowym mowie i bede mowila - "No to wpadlas malenka". I pewnie bedzie tak dopoty dopoki nie trafi swoj na swego. Ale jak trafi swoj na swego, to bede wiedziala, ze ktorys z moich synkow ukochanych w dobrych rekach jest. I o to przeciez chodzi:)))) Czas leci szybko. O Maaatko-jak szybko!

Od stycznia mialam zaczac szkole. Pisanie po angielsku. Szwankujemy na tym polu, a jakze:))) wiec lekcje sie nam przydadza. Nad mowieniem tez moznaby popracowac, ale powolutku, wszystko w swoim czasie. A swoja droga Radek moglbys sie tu przeteleportowac. Wycisnelabym z Ciebie wszystkie soki:))
Zapowiada sie pracowity rok. Lojalnie uprzedzam, ze moge zaniedbywac blog'a. Zwlaszcza, ze...czytam:)))
Czytam, zjadam, pochlaniam ksiazki. Polecam wszystkim "Ludzie to wilcy" B. Kowalskiej. Rzadko spotyka sie dzis tak dobrze napisana ksiazke. Skonczylam wszystko, co napisala S. Meyer i powinnam jej podziekowac za porzadnego kopa w tylek w store czytania po angielsku:)). Wczoraj wlasnie skonczylam "Uratuj mnie" Guillaume Musso od razu wpadajac we "Mgly nad Loara". Dobrze mi. Zamierzam potem powrocic do ukochanego Jozefa Kozieleckiego z jego Czlowiekiem Wielowymiarowym. Jesli macie jakis godny polecenia tytul, to kcem bardzo, ale to bardzo kcem:)))
Musze korzystac z czasu, ktory mam z rozmyslem, bo czuje, ze powoli znosi mnie w okolice ciekawe i kolorowe, ale wody niespokojne tam sa. Musze naladowac baterie. 

No i mamy 2009. I co? I nic. Starsza jestem. 
Piore, gotuje, sprzatam i...mysle. 
Starsza jestem. Czy madrzejsza? Czas pokaze.

Ptysia na hamaku. 
czwartek, 25 grudnia 2008
Bezsniegowo ale jak najbardziej swiatecznie
Z bijacym serduchem zalogowalam sie dzis na myscotland, bo... przyznam sie, ze nie w moim stylu jest zaniedbywac cos lub kogos, ale pewnych rzeczy, jak na przyklad wiecej niz chwilowej awaersji do pisania tudziez braku weny jakiejkolwiek przeskoczyc sie nie da, wiec trzeba bylo przeczekac.


Sporo rzeczy zwalilo sie nam - mnie i Miskowi ostatnio na leb, jednak najzupelniej w moim stylu tym razem:)) postanowilam nie dac sie. Jak szalona wiec rzucilam sie w wir przygotowan swiatecznych i jak nigdy, ale w tym roku ozdabianie okien i zadbanie o pelna lodowke i usmiechy na ukochanych facjatach pochlonely mnie zu pel nie. Nauczylam sie nawet robic pierogi, bo do tej pory robionym przeze mnie ciastem mozna bylo zabic, a pieroga nie zlepilbys nawet z uzyciem superglue, no moze zszywacz stalowy by pomogl:))))
a w tym roku wykorzystalam jesienny pobyt mojej mamy dobrze - pierogi - nieeebo w gebie i to przyznaje ja sama, co samokrytycyzm mam rozbujany nienormalnie ogromnie. Mniam. 
No i poszlismy na pasterke. Msza polsko-szkocka, albo raczej szkocko-polska, bo wspolnota tubylcza raczej laske nam robi dopuszczajac polski za oltarzem, nie mowie tego zlosliwie, bo doceniam, doceniam dobra wole, tyle ze szkocki ksiadz pozwala sobie odrobine za duzo witajac sie z nami - Polakami " dzendobry Polska" o 23-trzeciej i kieruje do swoich parafian komentarz - " odpowiadaja cicho, ale daja o sobie znac zapachem alkoholu" wywolujac smiech swoich... Odpowiadamy cicho, bo Szkotow bylo 300, a nas moze 30-scioro...Wybaczam mu to, temu ksiedzu, bo stary juz jest i widac niereformowalny, a zart nietrafiony, bo w tej trzydziestce Polakow srednia wieku to jakies trzydziesci lat i raczej nie po alkoholu, jednak stereotypy sa jak najbardziej wredna tesciowa - zatrwardziale i jak powiedzialam - niereformowalne. 
W kazdym razie wspolnota szkocka udostepnia nam kosciol, a wczorajsza msza, procz tego jednego incydentu, byla swietna - modlilismy sie na zmiane w dwoch jezykach, szkoci cierpliwie wysluchali dwoch kazan - po polsku i angielsku, sluchali naszych koled, spiewalismy z nimi "Cicha noc" na przemian zwrotka po angielsku i polsku...Wszyscy spontanicznie i radosnie skladali sobie zyczenia...
Taka radosna jakas wrocilam z kosciola. 
Po kilkunastu godzinach pichcenia przeddzien i kilku we wigilie, po pasterce padlam jak kloda. Obudzilam trzy razy nim dotarlam do 11 przed poludniem i...obudzilam sie z wena. Pisze wiec: 
Skladam Wam wszystkim zyczenia przezycia Swiat w spokoju, milosci i spelnienia przynajmniej polowy Waszych marzen w nadchodzacym Nowym Roku. Zycze Wam usmiechu na codzien, dystansu do tego, co problemem wielkim sie wydaje i swiadomosci tego, jak wiele mozemy zrobic dla drugiego czlowieka i...drugiemu czlowiekowi. Zycze wszystkim nam, bysmy czas dany nam wykorzystali dobrze. 

Wasza Misia.




piątek, 28 listopada 2008
prawdziwy szkocki listopad
czyli - pada, wieje i prawie caly czas jest ciemno...:) No, z tym prawie caly czas to przesadzilam, ale o piatej po poludniu to juz najlepiej isc spac:)))

Dzis, pierwszy raz, bo wczesniej nie bylo czasu, mialam czas, zeby pojechac na trening plywacki Oskara. I nie zaluje, bo to cudowne uczucie zobaczyc swoje dziecko plywajace z predkoscia torpedy i to plywajace stylowo. Oskar plywa juz jak zawodowa ryba i wcale a wcale nie przesadzam:))) Patrzcie - taka mala rzecz - a cieszy:)) Oskar zapragnal tez skrzypiec, a konkretniej pcha sie do nauki gry na nich. Uswiadomilismy go, ze troche za stary jest na te skrzypce, bo przeciez nauke zaczynaja juz dzieci 3-4 letnie, a nie 14-15-sto, ale uparl sie koziol jeden:) Gitara i perkucja juz mu nie wystarcza. Zobaczymy. Zobaczymy, bo matematyka Oskarowa pozostawia duzo do zyczenia, a on panem architektem chcialby zostac:)

Ania natomiast ma niedlugo wystep w teatrze. Tanczy. Szykuje sie niezly spektakl, bo z zaproszen wynika, ze nie wyjdziemy z teatru wczesniej niz po paru godzinach. Ooooch, ze tez nie mamy dobrej kamery:((( Nasz wiekowy aparat spaprze film - jak zwykle. Ania napisala dzis ostatni probny egzamin. Wgzaminy ciagnely sie juz od dwoch tygodni. Prawdziwe egzaminy wienczace 4 klase highschool pisac bedzie w maju i podejmie decyzje, czy zostaje w tej samej szkole, czy idzie do koledzu. W grudniu zaczyna sie jej work experience / cos w rodzaju praktyki, doswiadczenia pracy/ ktory ma trwac tydzien. Szczesciara, w odroznieniu od kolegow, ktorzy w wiekszosci trafili na role asystenta sprzedazy w przeroznych sklepach, Ani udalo sie zalapac jako asystent projektata ubran -jak zreszta marzyla. 15-tego grudnia znajdzie sie wiec na pierwszym szczebelku swojej kariery:)))) Zalozenie swietne - niech dzieciaki popracuja troche zanim podejma decyzje o kontynuacji lub zaprzestaniu nauki.


Filip. Z opoznieniem, przyznaję, dostaje w tym roku szkolnym nagrode za swietne wyniki w nauce i super zachowanie, ale nie ma sie co dziwic, bo ostatnio  jakos rzadziej bywal w szkole - tydzien wykradziony szkole dla Egiptu, bo wakacje jesienne trwaly tylko tydzien, a Egipt dwa:)), a i przed wakacjami i po Filip troche chorowal...No ale wzial sie do pracy razno i nadrabia szybciutko.
Uczymy sie tez systematycznie polskiego. Wesola Szkola doczekala sie wreszcie zdjecia z polki. Filip szybko uczy sie czytania po polsku. Po dwoch latach gramatyki angielskiej abstrakcja  jest "ó", "ch", i "rz" i cale te dwuznaki, sylaby i wymiana z "ż" na "g" ale daje rade:)
Procz lekcji polskiego i trzeciej klasy w szkole angielskiej Filipka dopadla konecznosc przygotowania sie do pierwszej spowiedzi swietej, ktora bedzie w marcu. Tu, w Edynburghu dzieci nieco inaczej przygotowuja sie do Pierwszej Komunii - spowiedz jest w marcu, potem - tydzien przed komunia bierzmowanie i pozniej sakrament Pierwszej Komunii. Ta - tez sie dziwilam:)) procz tego gitara i keyboard:)
Duzo wiec pracy ma nasz Filip, a my razem z nim.

Nie pracuje. Dzieci trzeba dopilnowac. Patrzac na to, co dzieje sie na ulicach coraz bardziej utwierdzam sie w przekonaniu, ze dobrze zrobilam rezygnujac z pracy. Podreczniki z matematyki, geografii, chemii i biologii juz do nas leca z Polski. Oj przycisne te moje dzieciaki:))

Sreberko wrocilo na pewnien czas do domu. Zadowolona jestem wiec i staram sie podtuczac marnotrawnego jak tylko moge.:)))

A w tle...Listopad prznosi nam zmiany.  Na lepsze.

niedziela, 16 listopada 2008
wakacje wakacje i juz po wakacjach
No wlasnie. Bylo - minelo:(
Kiedy sobie przypomne te miasiace przygotowan -  sledzenia forow internetowych, galerii ze zdjeciami z wakacji w Egipcie, zalatwiana hoteli, lotow, transferow, czytania poradnikow, studiowania map i drukowania mini rozmowek arabskich, to...az mi szkoda wykasowywac zakladki pt Hurgada z mojego komputera:( przeszlosc. zostaly wspomnienia, zdjecia, opalenizna, pozlacane dwa kubeczki na kawe i piasek z pustyni arabskiej w moich adidasach, ktorego za chiny nie wysypie. Pozbede sie go dopiero w...Hiszpanii, konkretniej w gdzies w...Andaluzji...:) 
No dobra, ale jak to bylo z tym Egiptem i naszymi dziecmi...:)

Babcia przyleciala z Polski cale piec dni przed wyjazdem do Egiptu. Zadne z dzieci nie zauwazylo, ze jej walizke, procz wedzonej kielbaski, wypelnialy same letnie ciuszki. Babcia milczala jak grob, a niczego nie spodziewajace sie dzieciaki zyly sobie spokojnie. Do czasu jednak, bo jak to zwykle bywa - zawsze musi zaistniec jakies "cos", co probuje zepsuc jakis plan. No i tym razem to "cos" bylo choroba Filipa.  Filip rozlozyl sie nam na kilka dni przed wylotem - zapalenie oskrzeli. Kaszel mi znany, wiec nie bawilam sie juz w zadne ibupromy i syropy z cebuli, trzeba bylo wziac antybioty, zwlaszcza, ze za moment trzeba bylo juz sie zbierac...Choroba powazna, wiec moje najmlodsze dziecie zostalo w domu, w lozku zamiast isc do szkoly, co stanowilo powazne ograniczenie w naszych tajnych poczynaniach jakim bylo pakowanie. Co prawda juz wczesniej zaordynowalam wyprowadzke letnich fatalaszkow z szafy Aninej, ze niby dla babci  rzeczy miejsce sie tam znalezc musi" wiec sterte kolorowych ciuszkow mialam juz u siebie, a Oskar do dzieci interesujach sie sprawami tak przyziemnymi jak ilosc koszulek z krotkim rekawem w swojej szafie nie nalezy wiec, nie obawialam sie zbytniej inwiliglacji z ich strony, ale nalezalo rozlozyc przeciez gdzies te walizy...No wiec dzialalam przy zamknietych drzwiach. Nie docenilam Filipa. Dla niego zamkniete w dzien drzwi naszej sypialni stanowily rzecz dziwna, wiec ciekawy nos trzeba bylo koniecznie tam wsadzic...
Skutek przeszpiegow byl taki, ze po powrocie szanownej mlodzierzy ze szkoly w sypialni naszej weszyly juz nosy trzy. Ha!!! A tu spotkal je srogi zawod, bo do tego czasu ich pekate walizki spokojnie drzemaly juz  w bagazniku wypozyczonej nowiutkiej siedmioosobowej Kii, ktorej pojawienie sie na parkingu BTW wzmoglo jedynie czujnosc naszej dziatwy:)) No, ale wracajac do sedna - dzieci zobaczyly tylko nasza, najwieeeeksza walize. No i od tej pory ciagnal sie za nimi jak duch wieeeelki znak zapytania, a babcia zaczela byc z lekka atakowana:))) W koncu nie wytrzymali. Pierwszy zadal pytanie Oskar, a po paru minutach dolaczyla Ania i Filip  - " Czy ktos gdzies wyjezdza?". Bylam juz pewna, ze szlag trafil niespodzianke, ale postanowilam sie troche poznecac:))) w koncu oni tez nieraz znacaja sie nad nami, moze czasem nieswiadomie, ale zawsze! 
- "Tak kochani, oboje z tatusiem jestesmy bardzo zmeczeni, potrzbujemy oddechu, wiec postanowilismy zafundowac sobie krotkie wakacje. Babcia zostaje z wami. Nie dokuczajcie jej i pomagajcie w obowiazkach domowych"
- "Niektorym to dobrze" rzucila wydymajac usta Ania. 
Oskar z kolei uciszyl sie niesamowicie, bo babcia nalezy do rzadkiego gatunku osob, ktore nikomu nie przeszkadzaja i nic nie przeszkadza im, wiec pobyt z babcia oznaczal wakacje w przesadnie wrecz rozumianym tego slowa znaczeniu:)) czyli - przerwe w przymusowym myciu zebow, wakacje od obcinania paznokci, zmywania naczyn, ukadania ubran w szafach, obowiazkowego zasypiania miedzy 22 a 23. Babcia rowna sie kanapki na zawolanie i znikajacy i myjacy sie sam talezyk po ich zjedzeniu. Babcia rowna sie sloooodka anarchia. Oczy Oskara wolalay wiec wielkie, kolorowe HURRRRRRRA< starzy za burta!!!
Filip tylko chlipnal pod nosem.
Tonem kategorycznym nakazalam dzieciom sprawne uwiniecie sie z prysznicem, przyszykowaniem ubran do szkoly i powtorzenie wiadomosci o pierwiastkach chemicznych, stolicach panstw, Egipcie jako jednej z kolebek cywilizacji i Hurgadzie jako najsprawniej rozwijajacym sie egipskim  miescie...odpytalam i dziatwa poszla spac. Ania mruczala cos o maszynce do golenia, ze niby nie umie jej znalezc, ale tonem nie znoszacm sprzeciwu kazalam poszukac jutro. 
Zasneli. Misiek upchnal w Kii ostatnia walize i wykonczeni padlismy na pyski.
Rowno o czwartej nad ranem zaczelismy pobudke. Zdezorientowana dziatwa opierala sie, a kiedy wyjasnilismy, ze wybieramy sie na wyspe Skye ogladac spiace w deszczu foki, bo strasznie tego ranaka padalo, to opierali sie jeszcze bardziej:))))) Tylko Filip okazal entuzjazm. Zdolalismy jednak wpakowac nieprzytomne towarzystwo do Kii i ruszylismy. 

reszta jutro, bo Misiek sie denerwuje, ze nie uczesnicze w zyciu rodziny

Juz jestem. 


Powiazanie faktu zaginiecia maszynki do golenia, wyjazdu o 4 nad ranem z domu, naszej pekatej walizy wypchanej letnimi ciuszkami zajelo Ani jakas godzine. Oskar natomast, z wlasnej woli zajal jedyne, najbardziej tylne z tylnych miejsc w vanie i mniej wiecej w polowie drogi do Manchaster'u przywalila go jedna z tlustych walizek z naklejka HURGADA. Pora dnia nie sprzyjala jednak dyskusji i jedyne pytanie na jakie sie zdobyl brzmialo - " czy ktos moze mi w koncu powiedziec gdzie wlasciwie jedziemy?" 
- " Kochanie, wiesz jak wiele dla nas znaczy Wasza edukacja...Do wyspy Skye dojedziemy wkotce, na pewno bedziecie sie swietnie bawic. Przespij sie troche." To bylam ja.
W odpowiedzi zdawalo mi sie, ze uslyszalam - " Nie wiedzialem, ze Skye przeniesli do Afyki, ciekawe co z tymi fokami zrobili"
ale to pewnie mi sie tylko zdawalo:)))))
Widzialam juz, ze wiedza, ale nie wiedza wszystkiego. Tylko Filip spal slodko wtulajac sie w babcie. Nie spodziewal sie, ze najblizsze dwa tygodnie spedzi w cieple afrykanskiego sloneczka.
Dowiedzieli sie wszystkiego na lotnisku. Pierwszy byl Filip - " Mialy byc statki i prom, a sa samoloty!!!" wykrzyknal oskarzycielsko.
Powiedzielismy im na lotnisku. Filip skakal pod niebo kiedy uslyszal, ze spedzimy nie dzien, nie dwa, ale dwa tygodnie w Egipcie, ale reszta towarzystwa...
Ania zaczela mnie nerwowo przepytywac jakie ubrania jej spakowalam i cz na pewno wzielam TE spodenki i TEN kostium i czy nie zapomnialam o TYM i o Tamtym. Spokojnie odpowiedzialam jej, ze spakowalam rzeczy nowe i najwyzszy czas oderwac sie od stereotypow:)))) nie podzielala niestety mojego humoru:)))) w rzeczywistosci spakowalam jej to, co lubila najbardziej, procz spodni ma sie rozumiec. Oskar natomist z rekami w kieszeniach zaczal z wyrzutem - " Nie wzialem komorki..." co dla nas znaczylo : " Nie daliscie mi szansy na zabranie rzeczy ktora kocham najbardziej na swiecie, z ktora zasypiam i znikam na cale godziny, bo mam tam gre w pokemony, ktorych gnebienie bawi mnie cudnie, mam tam muzyke ktora uwielbiam i kiedy jej slucham nikt nie moze mi przeszkadzac, no i koleeeeedzy, z ktorymi umawialem sie na jutro........."!!!!!!!!!!!!!!!
- " Kochanie, wlasnie przed godzina powiadomilam wasza szkole, ze wyjezdzacie na wakacje. Czemu tak pozno? Bo Franczeski mama /Franczeska to przyjaciolka Ani/ jest w tejze szkole nauczycielka, i mama Garrego /kolegi Oskara/ rowniez, wiec gdybym zrobila to wczesniej na pewno dowiedzielibyscie sie o niespodziance:))) a tak - koledzy za pare godzin sie dowiedza, a my mamy Cie wreszcie dla siebie Oskarze". To bylam ja. 

Nastoletniej czesci naszej wyprawy humory powoli sie poprawialy. Czekalo nas 5 i pol godziny lotu. Ogladalismy filmy, czytalismy, jedlismy i z namaszczeniem sluchalismy glosu pilota, ktory informowal nas jaka temperatura panuje teraz w Hurgadzie...:))
Wszystko szlo zgodnie z planem. Pokrzykujac na wszystkich dopilnowalam, zeby nikt niczego nie zapomnial wysiadajac z samolotu i...wpadlismy w rece calkiem innej kultury. Jakze innej od poukladanego, chlodnego i niemal pozbawionego spontanicznosci brytyjskiego swiata...Juz po wyjsciu z samolotu wyrosl przy nas jak spod ziemi ochroniarz. Ochroniarz stal sobie z boczku i obserwowal. My stalismy grzecznie w dlugasniej kolejce po wizy, gdzie po jakims kwadransie sterczenia zorientowalam sie, ze...zapomialam w samolocie komorki i zestawu sluchawkowego w pieknym portweliku od Alki!!! Jeeeeja...!!!! Pal licho komorke, bo stary model i kontrakt dawno sie juz skonczyl i moge dostac nowa, ale karta sim i wszyyyyyystkie kontakty!!! Raaany!!! Jak o tym powiedziec Miskowi???
Nie, no musze....
Reakcja byla zgodna z przewidywaniem - pelne dezaprobaty westchnienie, ktore znaczylo tyle, co " Siebie bys przypilnowala a nie wszystkich wokol musztrujesz..." No coz - najtrudniejsze bylo przede mna - zmusic Miska do podjecia staran o odzyskanie komorki...
Zajelo mi to jakies 10 minut i poirytowany Misiek zmierzal w strone arabskich przedstawicieli naszego biura podrozy. Wszyscy pcli meskiej. Kontem oka dostrzeglam ich reakcje na newsy Miska - wszyscy na raz z jekiem podniesli rece do gory i z jeszcze wiekszym jekiem rece te im opadly - czytaj " no nie....baaaaby!!!"

Odzyskanie komorki kosztowalo Miska 10 dolarow. Ale zalatwil. Misiek zawsze zalatwia sprawy arcytrudne.

Po kupieniu wiz za 20$ sztuka, ochroniarz zaprowadzil nas do taxowki i juz bez sensacji i excesow dotarlismy do hotelu. Wystajace z paszportu 20 dolarow  infi - fora int:))./ zalatwilo nam przecudne pokoje - z kabina prysznicowa wielkosci blokowej lazienki, z tarasem, z sejfem i lodowka klimatyzacja i....polsatem:))))) co stanowilo niespodzianke ogromna, bo po dwuletnim poscie od polskiej telewizji / z wyboru i w celu nauki jezyka/ moglismy odnowic znajomosc z Kiepskimi i poznac nowy serial - "tesciowe", ktory u Miska wywolywal oburzenie, bo on swoja tesciowa kocha nad zycie...

Zaczal sie nam cudny czas...
Budzac sie rano z niepokojem bieglismy do okna, by sprawdzic czy to slynne slonce, czy to aby nie taki chwyt reklamowy:) Nie moglismy uwierzerzyc w slonece, ze jest. Z trudem zdazalismy na sniadanie, ale juz przy basenach dziala pool bar, gdzie odpowiednio o nas dbano:))
Bylo super. Wykupilsmy trzy wycieczki - Kair i Giza, gdzie lecielismy samolotem, bo nie usmiechalo sie nam jechac autokarem przez prawie 6 godzin i to w konwoju wojskowym, a lot trwal tylko 30 minut:))) W Kairze odwedzilismy muzem narodowe, gdzie niestety zabraklo nam czasu na rzetelne obejrzenie eksponatow. Najciekawsze jednak z nich sa w Londynie, o czym z wyraznym brakiem zrozumienia - i trudno sie mu dziwic - poinformowal nas przewodnk. Obejrzelismy miasto, fabryke perfum, Gize z piramidami i Sfinksem. Po paru dniach odpoczynku wybralismy sie na wyspe Mahmaya, coby ponurkowac troszke i nacieszyc oczy podwodnym zyciem rafy. Trzecia wycieczka to wyprawa na pustynie arabska. Szalona podroz terenowa Toyota, 120 km/h po wertepach i nasypach do wioski beduinskiej, gdzie ludzie zyja jak zylo sie 100 lat temu, a dzieci  nie chodza do szkoly, gdzie ludzie walcza ze skorpionami i innym pustynnym dobrodziejstwiem, gdzie kobiety nie widzialy miasta i chodza kilka krokow za mezczyzna / Miskowi zreszta bardzo sie to podobalo/. Na pustyni zostalismy do poznego wieczora. Po szalenstwie na quadach, spiderach, wielbladach, po pokazie tanca brzucha tancerki narodowosci rosyjskiej i udobruchania trzech kobr przez fakira Araba - wlascieicela nowgo opla zamykanego na pilota /co w tamtym kraju stanowi jeszcze rzadkosc/ wrocilismy do hotelu. Czekalo nas jeszcze kilka dni lenistwa, przerzucania jakichs 2000 zdjec na komputer i..pielegnowanie opalenizny:))))

Edynburgh przywital nas pogoda, ktora na nazwe "pogoda" nie zasluguje. Wialo wsciekle, padalo, bylo ciemno, a zlosliwy wiatr przylepial zolte liscie do szyb, witryn i czol przechodniow. Zazdrosnik jeden. A opalona Ptyska miala go w nosie, ale nie szla tego dnia na kawe, tylko przygotowywala zdjecia do pokazania, bo spragnieni slonca bladzi nieszczesnicy /coniektorym tunezyjska opalenizna zeszla juz :)))/ zapowiedzieli sie tego wieczora z wizyta:)))








piątek, 14 listopada 2008
a kuku
tylko sprawdzam...
sprawdzam, czy nie zapomnieliscie przypadkiem juz o mnie i czy sie oplaca pisac:))
No i calkiem niepotrzebnie zajrzalam, bo tylko ochrzan zbieram:))) No tak to juz ze mna jest - wiecej wolnego = mniej siedzenia na tylku. Biorac pod uwage dzisiejsze plany na wieczor obiecuje napisac...jutro:) Jutro wszystko wyjasnie, jutro wszystko nadrobie. Katka - wszystkiego najlepszego sklerotyczko!!!:)))
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14